Żona Mietka, pedicure i „Smutna Paola”
Już był spokój…po grudniowym wypadzie żony do stylistki paznokci i późniejszym wieczorze SPA, który zafundował żonie Mietek, a po którym dwa tygodnie rehabilitacji rzeczywiście uczyniły z żony Mietka kobietę o delikatności skóry niemowlęcia (choć jak wszystko się zagoiło, to nieco żona Mietka nieco stwardniała) żona Mietka nie miewała już ataków nagłej chęci zadbania o wygląd i urodę. Aż do teraz. A wszystko przez to że zbliżało się wesele najstarszego syna Mietka. Żona Mietka poczuła na plecach ciężar wieku, który przygniótł ją do ziemi mocniej, niż szybko powiększający się brzuch przyszłej synowej, w efekcie postanowiła więc zrobić coś dla siebie – oczywiście w tajemnicy przez mężem.
Wybór padł na jedyny w okolicy gabinet kosmetyczny o wielce romantycznej i budzącej różnorodne skojarzenia nazwie – „Smutna Paola”. Historia nazwy była mniej romantyczna niż dowolne sugestie klientek gabinetu i wzięła się stąd, że w początkowej fazie istnienia gabinetu, pracowała w nim wyjątkowo sfrustrowana stylistka Paola, która w zwyczaju miała ozdabiać akryle do paznokci klientek drobniutkimi, opalizującymi czaszeczkami. W wsi Mietka, styl „emo” nie przyjął się jednak zbyt mocno, smutna Paola więc wyjechała, pozostawiając swój gabinet koleżance Zdzisławie. Zdzisława jest niewiastą miłą, lecz o niezbyt nadobnej aparycji i sporej nadwadze. Nazwa „gruba Zdziska” byłaby więc marketingowo mniej korzystna. Klientki jednak – w tym żona Mietka, kiedy siedzą z mokrymi od żelu paznokciami i trzymają je tak długo w promieniach UV aż nie popsują się lampy UV, bądź paznokcie nie zaczną odchodzić od ciała, najczęściej oczekują historii o księciu na białym koniu, który zdradziwszy wybrankę swego serca, Paolę, odjechał w siną dal, unosząc ze sobą jej wianek oraz radość życia. Karmione tasiemcowymi serialami, przykładne żony i matki, dla których wykonywany przez stylistkę pedicure to jedyny sposób na pozyskanie odrobiny czułości – nawet jeśli o jest to czułość mechaniczna i „stópna” – nie chcą wierzyć, że czaszki Paoli nie są wynikiem pełnego dramatyzmu zawodu miłosnego, a jedynie nagromadzenia nadmiaru negatywnych uczuć dla świata. Owe fontanny żalu i gejzery zamiłowania do turpistycznych ozdób są związane nie z przykrymi doświadczeniami, wykorzystywaniem, biciem czy innymi podobnie pełnymi romantyzmu historiami, a konsekwencją dość niekonwencjonalnego poczucia estetyki zmarłego ojca Paoli. Jako zawodowy grabarz miał on w zwyczaju ozdabiać mieszkanie tym, co znalazł w pracy. Takie to czasy były, że murarze przynosili do domu cegły, panie ze spożywczaka szynkę czy makaron, a ojciec Paoli przynosił piszczela…